wtorek, 28 czerwca 2011

dzień 11 - Le Cher, koniki i tor dla bmx-ów

53 km
Pobudka o 7:30. jakoś przeżyłam noc. Przejeżdżający przez głowę pociąg usłyszałam dopiero rano. Spałyśmy z otwartym namiotem, ale na szczęście robale nas nie zjadły.
Zwijamy się z trudem, bo już jest gorąco. Namioty suche, rosy nie ma, a ja potrzebuję prysznica przed wyjazdem, bo jestem cała mokra.

Startujemy o 9:30. W planie jazda wzdłuż rzeki Le Cher - znaczy w dół i przy wodzie. Pogoda lepsza, czasem chmury na niebie, trochę wiatru i dużo łatwiej oddychać. Jedziemy trochę asfaltem, trochę szutrem. Drżę o rower, ale jest OK.
Spotykamy koniki i akurat pani idzie je karmić. Dzieci dostają po misce z owsem i karmią konie. Potem trafiamy na park dla bmx-ów. Dzieciaki szaleją. Mimo ciężkiego upału natychmiast zrzucają sakwy i gnają na górki. Skąd te potwory mają tyle energii?
Po chwili odsapki jedziemy dalej.

Droga jest cały czas wzdłuż rzeki, trochę po wertepach. Tak dojeżdżamy do Tours. Lądujemy w IKEA na obiedzie. Nażarci do granic i porządnie wystudzeni (klimatyzacja i lód w napojach) jedziemy na basen miejski. Basenik malutki, ale radocha jest.
Po godzinie ruszamy dalej. W Savonnieres robimy zakupy w maleńkim sklepiku, a w boulangerie kupujemy bagiety i ciasteczka. I wtedy zaczyna lać deszcz. Na szczęście tylko chwilę, ale boimy się jechać dalej, bo chmurzyska są potężne. Zostajemy w Savonnieres na campingu na noc. Mocno się ochłodziło. Nawet trzeba założyć długie spodnie. Mam spalone plecy, z rąk już mi schodzi skóra.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

dzień 10 - Leonardo, Chenonceau i złamana nóżka

32km

Ruszamy dość sprawnie o 9:30 bez śniadania. Jedziemy do Amboise. Pierwszy przystanek to Leclerc i zakupy na śniadanko.
Potem jedziemy do domu Leonarda da Vinci - Clos Luce. Zwiedzamy pałacyk i park, w którym są wykonane na podstawie jego rysunków różne urządzenia: np. do nabierania wody, most przesuwany, machina wojenna, most przenośny, machina latająca. Marcie bardzo się podobało. Piknik robimy w parku.
Jedziemy do Chenonceaux, ciężka droga, górki, dołki. Gubię ręcznik przy kolejnym rozpinaniu sakw w poszukiwaniu wody.


W Chenonceaux jesteśmy ok 17:30. Na teren parku i do pałacu wchodzimy tylko my z Martą. Kasia woli zjeść obiad.
Zameczek bardzo ładny, pięknie wyposażony. Wokół ogród kwiatowy w fioletach, niedaleko przypałacowe gospodarstwo rolne z XVI w z ogrodami, labirynt z żywopłotu.
Skwar z nieba przestaje się lać, ale tak jakby miało zanosić się na burzę. Kasia woli zostać na miejskim campingu między torami kolejowymi a parkiem pałacowym. Łamie mi się nóżka od roweru. Zaczynam bać się jutrzejszego dnia. Co jeszcze mi się sypnie w rowerze?
Jest 24:00 a upał jest straszny i pot się ze mnie leje. Musimy mieć dokładnie zamknięty namiot, bo muszki i różne robale atakują.

Parc Leonardo da Vinci bilet rodzinny 8,75 euro od osoby, tel. 0247570073, fax 0247305428, www.vinci-closluce.com
Zwiedzanie parku i chateau de Chenonceau 8,50 euro dziecko 7 - 18 l; 10,50 dorosły, www.chenonceau.com
Camping municipal w Chenonceaux 2,90 euro za osobę + 2,25 za namiot

niedziela, 26 czerwca 2011

dzień 9 - Blois, Dom Magii i zamknięta kasa

73 km
Pobudka o 8:00. Szukam informacji o pomocy technicznej do roweru, ale recepcja jeszcze zamknięta. patrzymy z podziwem jak kilka minut po ósmej tuż obok startuje rodzina z trzema dziewczynkami. My tym razem wyjątkowo sprawnie zwijamy się już o 9:30. Recepcja nadal zamknięta więc mieliśmy nocleg za darmo. Marta ma zapakowane duże sakwy, a ja wypchane przednie i śpiwory z tyłu.


Jedziemy do Blois w poszukiwaniu serwisu rowerowego.
Jest niedziela, wszystko zamknięte. Trafiamy na targ w centrum miasta - rozpoczynają się wyprzedaże. Jemy śniadanko na ławce, na szczęście boulangerie z ciasteczkami jest czynna.

Postanawiamy zobaczyć zamek, tuż obok jest Dom Magii i spektakl rozpoczyna się za chwilę o 11:15.
Wysyłamy dzieci same, a ja z Kasią jedziemy do biura informacji turystycznej po pomoc. Bardzo miła pani dzwoni po serwisach rowerowych czy ktoś może wymienić mi bagażnik. Jest! Lecę, błądzę, mimo że mam dokładny plan. W serwisie miły pan wymienia mi bagażnik za 22 euro.
Wracam szczęśliwa na zamek. Dzieci już skończyły zwiedzanie Domu Magii - podobało się.
Przepakowujemy się i idziemy zwiedzać zamek.

Jest bardzo ciekawy - każde skrzydło jest w innym stylu architektonicznym - gotyk promienisty, renesans i klasyczny.
Pomieszczenia ciekawe, klatki schodowe imponujące - wszystko białe i chłodne w przeciwieństwie do piekarnika na zewnątrz.
Ruszamy o 15:40 do zamków Beauregard i Cheverny. Niestety błądzimy solidnie. Do Beauregard nie wchodzimy, bo trzeba
wykupić bilety również na zwiedzanie wnętrz, a chcieliśmy tylko do parku.

Do Cheverny dotarliśmy dwie minuty po zamknięciu kas i nic nie pomogły moje prośby. Szkoda, bo chciałam dzieciakom pokazać psiarnie.
Jedziemy dalej. Upał niemiłosierny, Chaumont-sur-Loire widzimy tylko od strony rzeki.

Gnamy do Mosnes i do parku linowego Fantasy Forest. To okazuje się porażką - mimo, że tam, zgodnie z ulotkami, ponoć miał być camping, wszystko jest zamknięte.
Na szczęście niedaleko znajdujemy mały camping, gdzie miła pani przyjmuje nas z otwartymi ramionami. Jest 22:30, szybko się rozbijamy, prysznic i spać. Fantasy Forest jutro również będzie zamknięte - we Francji sezon zaczyna się pierwszego lipca...

Fantasy Forest w Mosnes www.fantasyforest.fr, uwaga na kalendarz (calendrier)
camping, na który trafiliśmy był chyba przynależny do Fantasy Forest - znajdował się przy Loarze
Zwiedzanie Chateau Royal de Blois 9,50 dorosły, 4 euro dziecko 6 - 17 lat
Maison de la Magie (Dom Magii) www.maisondelamagie.fr dzieci 6-17 lat 5 euro, dorosły 8 euro, spektakle godz. 11:15, 15:15, 17:15

sobota, 25 czerwca 2011

dzień 8 - Chambord, jazda konna i bagażnik w rozsypce

59 km
Dzień zaczyna się od tego, że nie mam tylnego hamulca. Na szczęście udaje mi się dogadać z panem w recepcji campingu i jedziemy do serwisu. Kasia ma zastrzeżenia do swojego koła więc fachowiec też jej się przyda.
Obok serwisu rowerowego spotykamy Polaka, który mieszka we Francji juz od 9 lat i ma ochotę z nami pogadać, więc wyjaśnienie serwisantowi problemu hamulca i koła nie stanowi już dla nas żadnego problemu. Obok odbywa się targ z ciuchami, butami, duperelami, owocami. Oglądamy sukienki dla Marty. Trochę za drogie. Nic nie kupujemy.

Wyjazd z miasteczka bez problemów. Jedziemy trasą rowerową do Blois przez Chambord. Droga bardzo fajna, przez pola, wsie i urocze miasteczka. Domki prześliczne. Oczywiście zdarzył się moment, że zgubiliśmy drogę, ale tylko 8 km nadrobiliśmy.
Do Chambord dojeżdżamy o 16:15. Marta widziała informację, że o 16:30 zaczyna się pokaz jazdy konnej, więc pędzimy, żeby zdążyć. Pokaz jest super, koniki odważne i bardzo posłuszne. Jest trochę walki, trochę ujeżdżania, trochę tresury. Oglądamy z wypiekami na twarzy.

Niestety po pokazie zamek już jest zamknięty dla zwiedzających i nie udaje się nam zobaczyć słynnych podwójnie kręconych schodów.
Do campingu w Vineuil prowadzi nas piękna ścieżka rowerowa. Przy zdejmowaniu sakwy widzę, że bagażnik mam połamany. Mój rower miał dziś czarny dzień.

piątek, 24 czerwca 2011

dzień 7 - Chateaudun, most łukowy i znowu mapa

63 km
Startujemy o 10:30.
Najpierw zwiedzamy Chateau de Chateaudun. Zamek jest duży, pusty, bardzo stary, budowany od II do XVI wieku. Trochę romański, trochę gotyk, trochę renesans.
Po zwiedzaniu robimy zakupy w Intermarche i próbujemy wydostać się z miasta. Udaje się dopiero po 14:00. Jedziemy do Meung-sur-Loire. Droga doskonała, niemal bez wiatru, lekkie górki i dołki. Marta cały czas prowadzi i nawet musimy ją łapań, żeby zjeść drugie śniadanko w polu.
W Meung patrzymy z daleka na potężny zamek, a z bliska na ciasteczka. Do Beaugency prowadzi nas rewelacyjna ścieżka rowerowa. I tak już będzie niemal w całej dolinie Loary.
Po zakotwiczeniu na campingu jedziemy średniowiecznym łukowym mostem do miasteczka pooddychać trochę Francją. Niestety nie udaje nam się znaleźć francuskiej kawiarni. Jest turecka, afrykańska i dwie pizzerie. Siadamy w jednej z nich na kawę, czekoladę i wino. Wracamy spać przed północą.
Tak wygląda mapa naszej trasy wzdłuż Loary:
(to ponownie link do całej mapy wyprawy: http://maps.google.com/maps/ms?ie=UTF&msa=0&msid=
211944838235922010300.0004a7deb2fd3167a1062)










Chateau de Chateaudun - dorosły 7 euro

czwartek, 23 czerwca 2011

dzień 6 - Chartres, woda i podwójne smażenie

64 km
W nocy leje. Zwijamy się o 11:00 już bez deszczu.

Jedziemy zwiedzać katedrę. Połowa niestety jest w remoncie - odnawiane są polichromie. Przepiękne witraże, magiczny labirynt na posadzce (niestety zastawiony krzesłami). Wchodzimy po wąziutkich kręconych schodach na najwyższą wieżę katedry, z której pięknie widać miasto.


Wyjazd z miasta tym razem bez problemów i droga do Chateaudun bardzo fajna. Wiatr dużo mniejszy niż wczoraj, górki łagodniejsze, pola kukurydzy, rzepaku i dojrzałych już zbóż. Po drodze zachodzimy do jakiegoś gospodarstwa, żeby napełnić puste butelki wodą, a pan sięga do zgrzewki, daje nam 2 półtoralitrowe firmowe wody i jeszcze nie chce za to pieniędzy. Jesteśmy zaskoczone uprzejmością Francuzów.



Mijane miasteczka są bardzo ładne. Zawsze mają średniowieczny kamienny kościół, kamienne lub drewniane i przetykane kamieniami domy. Widać, że podstawowego materiału do budowy - kamienia - mają pod dostatkiem.




W St. Denis zaglądamy do bulangerie po bagietki i eklery - pyszne. Po kolejnych 8 km Chateaudun i sympatyczny miejski camping. Gospodarz campingu po raz pierwszy gości Polaków na rowerach. Spotykamy rowerowe małżeństwo, które już widzieliśmy w Chartres na campingu. Holendrzy jadą do Tours i też nie spotkali jeszcze Polaków na swojej drodze.
Na obiad mamy kluski ze skwarkami - rewelacja! Jesteśmy porządnie zmęczeni. Słoneczko grzało cały dzień, ale nie było upału, więc nie czułam potrzeby posmarowania się kremem. Okazuje się, że się spaliłam - mam poparzone ręce i kolana. Piecze. Prysznic cudownie łagodzi ból.

środa, 22 czerwca 2011

dzień 5 - zgubiona ścieżka, Chartres i zamknięta brama

49 km
Dzisiejsze plany szlag trafił. Leje. Mieliśmy rano iść do muzeum kolei. Gramolimy się do ciepłej łazienki dopiero koło 11:00. Po śniadaniu przestaje padać i szybko zwijamy mokre namioty. Płacę za camping dwa razy za dużo, bo mój francuski jest zbyt zagmatwany. Na szczęście zauważam tę zawrotną kwotę (63 euro) i pani w recepcji oddaje mi gotówkę. Marta zaprzyjaźnia się z milutkim kotem.

Ruszamy koło 13:00. Droga ładna, wśród pól, ale wiatr strasznie silny oczywiście prosto w twarz.
Mijamy miasteczka, które właściwie są skupionymi wokół średniowiecznego kościoła osiedlami domków jednorodzinnych. Zadbanych, wypieszczonych, z uporządkowanymi i ukwieconymi ogródkami. Sklepu brak (też typowe, inną opcją jest sklep zamknięty między 12:00 a 16:00).

W Gallardon robimy zakupy - przede wszystkim w boulangerie, naszym ulubionym sklepie. Oglądamy wielki stary kościół i fragment wieży.



Wyjazd z miasteczka pod górę. Kasia z Dawidem jadą szybciej i niestety nie tą
drogą, co trzeba. Po kilkunastu minutach czekania na rozdrożu dzwonię do Kasi. Na tyle daleko już są, że jedziemy za nimi. Efektem tego jest nie tylko nadrobienie kilku kilometrów, ale również jazda bardzo ruchliwą drogą aż do samego Chartres.

Z daleka widać górującą nad miastem katedrę. Nadal jest silny wiatr i do tego dochodzą podmuchy mijających nas ciężarówek.
Do Chartres dojeżdżamy koło 19:00. Katedra jest wysoko na wzgórzu. Piękna i potężna, bogato zdobiona. Niestety jest już zamknięta i dziś możemy ją podziwiać tylko z zewnątrz. Zachwycamy się również starym miastem w otoczeniu katedry - wąziutkie uliczki, kamienne i drewniane domy, cicho i spokojnie.
Jedziemy na camping. Rozbijamy się i planujemy wyjście do miasta na oglądanie iluminacji katedry. Niestety po 22:00 brama campingu jest już zamknięta, a my na szczęście znajdujemy się po prawidłowej stronie (tej z namiotem).