czwartek, 23 czerwca 2011

dzień 6 - Chartres, woda i podwójne smażenie

64 km
W nocy leje. Zwijamy się o 11:00 już bez deszczu.

Jedziemy zwiedzać katedrę. Połowa niestety jest w remoncie - odnawiane są polichromie. Przepiękne witraże, magiczny labirynt na posadzce (niestety zastawiony krzesłami). Wchodzimy po wąziutkich kręconych schodach na najwyższą wieżę katedry, z której pięknie widać miasto.


Wyjazd z miasta tym razem bez problemów i droga do Chateaudun bardzo fajna. Wiatr dużo mniejszy niż wczoraj, górki łagodniejsze, pola kukurydzy, rzepaku i dojrzałych już zbóż. Po drodze zachodzimy do jakiegoś gospodarstwa, żeby napełnić puste butelki wodą, a pan sięga do zgrzewki, daje nam 2 półtoralitrowe firmowe wody i jeszcze nie chce za to pieniędzy. Jesteśmy zaskoczone uprzejmością Francuzów.



Mijane miasteczka są bardzo ładne. Zawsze mają średniowieczny kamienny kościół, kamienne lub drewniane i przetykane kamieniami domy. Widać, że podstawowego materiału do budowy - kamienia - mają pod dostatkiem.




W St. Denis zaglądamy do bulangerie po bagietki i eklery - pyszne. Po kolejnych 8 km Chateaudun i sympatyczny miejski camping. Gospodarz campingu po raz pierwszy gości Polaków na rowerach. Spotykamy rowerowe małżeństwo, które już widzieliśmy w Chartres na campingu. Holendrzy jadą do Tours i też nie spotkali jeszcze Polaków na swojej drodze.
Na obiad mamy kluski ze skwarkami - rewelacja! Jesteśmy porządnie zmęczeni. Słoneczko grzało cały dzień, ale nie było upału, więc nie czułam potrzeby posmarowania się kremem. Okazuje się, że się spaliłam - mam poparzone ręce i kolana. Piecze. Prysznic cudownie łagodzi ból.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz