wtorek, 23 sierpnia 2011

Podsumowanie wyprawy i porady dla turystów

Wyprawa nam się rewelacyjnie udała.
We dwie mamy i dwoje dzieci zrobiliśmy 1.080 km w trzy tygodnie.

Francja jest doskonałym krajem dla rowerzystów. Szczególnie w dolinie Loary były świetnie oznakowane ścieżki, które prowadziły nas w ciekawe miejsca, i to takie, których wcale nie zaplanowałam. Ilość zamków była powalająca. Nie jestem w stanie zliczyć ile chateaux minęliśmy.
Tylko (aż?) cztery z nich zwiedziliśmy - Chateaudun, Blois, Plessis-Bourre, Chenonceau.
Marta z zapałem studiowała przewodniki i oprowadzała nas po zabytkach.

Zachwycaliśmy się zamkowymi ogrodami (m.in. Vilandry), podziwialiśmy stare, piękne kościoły w tym katedrę Notre-Dame w Paryżu, katedrę Notre-Dame w Chartres, bazylikę Sacre-Coeur w Paryżu.

Z konnych atrakcji szczególnie zapamiętamy wizytę w Cadre Noir w Saumur. Ale pokaz w Chambord i wyścigi kłusaków też były nie lada niespodzianką.

Niezaplanowaną wycieczką było zwiedzanie groty w Savonnieres, przejazd przez winnice w okolicach Montsoreau i wykute w skałach domy. Fantastyczne wrażenia mamy z Mont Saint Michel, a szczególnie ze spaceru po pływających piaskach wokół wyspy.




Mamy niedosyt Paryża - nie udało się nam wejść do żadnego muzeum, galerii. Musimy tu przyjechać poza sezonem - np. w styczniu.

Kilka razy byliśmy na basenie, chociaż żadnego z nich nie można było nazwać aquaparkiem. Dzieci szalały na torze dla bmx-ów, były w Domu Magii (może kiedyś się dowiem co tam się działo;-)
Nie było większych problemów z porozumiewaniem się. Ja starałam się dogadać po francusku i w zasadzie to się udawało, a w każdym razie budziło pewną sympatię. Marta doskonale rozumiała po angielsku więc nie musiałam się produkować z tłumaczeniem przewodników.



Mój rower tym razem mnie zawiódł, chociaż nie dramatycznie. Zepsuty licznik, połamany bagażnik, skasowana nóżka i spadający łańcuch to w zasadzie wszystkie kłopoty, które dzięki serwisom rowerowym dało się rozwiązać.

Jedliśmy smacznie i do woli. Trochę po francusku, trochę po włosku (wszechobecna pizza). Codziennie odwiedzaliśmy boulangerie i zaopatrywaliśmy się w bagiety i ciasteczka.

Poza hostelem w Paryżu, nocowaliśmy zawsze na campingach w namiotach. Campingi przeważnie puste (poza Mont Saint Michel), zawsze z elegancką łazienką z ciepłą wodą bez limitu, czyste, cenowo różne - od 18 do 2 euro za namiot + dwie osoby, a czasem ... bezpłatne.
Pogoda spisała się na medal. Początek lata tego roku był we Francji ciepły i suchy.
Poznaliśmy wielu bardzo sympatycznych ludzi, którzy nam bezinteresownie i bez proszenia pomagali. Będziemy wspominać rodzinę, która nie dość, że pozwoliła nam zanocować na podwórku to udostępniła nam do kąpieli małżeńską łazienkę i zaprosiła ... na śniadanie.

Koszt wyprawy zmieścił się w przewidywaniach - 5.200 zł na mamę z dzieckiem.

Było super!
Marta powiedziała, że to była najfajniejsza i najciekawsza wyprawa, ... gdyby nie ta jazda na rowerze... :-)) Ale zapytała gdzie jedziemy w przyszłym roku. Może Holandia i Dania? Może Niemcy, bo też mili?



Z porad praktycznych:
  1. Francja wymiera między 12:00 a 16:00 - sklepy zamknięte, żywego ducha nie widać. Zakupy trzeba robić rano.
  2. Zamki zamykają kasy ok 18:00 - 18:30. Optymalnie byłoby nocować w okolicach zamku i rano zwiedzać. Baseny też zamykają o 18:00. A słońce świeci do 23:00...
  3. Wakacje francuskie zaczynają się 1 lipca. Wtedy tłumy gęstnieją, a ceny campingów rosną.
  4. Mapy i informacje, tak jak w innych krajach, najlepiej zdobyć w biurze informacji turystycznej w niemal każdym mieście. Zawsze mieliśmy mapę aktualnego odcinka trasy i to zazwyczaj mapę tras rowerowych.
  5. Drogi są świetne. Przeważnie jedzie się drogami publicznymi, na których spotyka się bardzo mało samochodów. Często drogi rowerowe są całkowicie zamknięte dla samochodów, a są szerokie i równiutkie jak te dla aut. Oznakowanie tras rowerowych dobre.
  6. Planując wyprawę korzystałam z przewodnika Rowerem po Francji Karen i Terry Whitehill z 1997 roku - trochę stary, ale ciekawe trasy opracowane bardzo szczegółowo
  7. Do zebrania informacji turystycznych korzystałam z przewodnika Francja Global z serii Podróże z pasją i oczywiście z internetu (jeśli chodzi o wyprawę z dzieckiem w dolinę Loary to szczególnie polecam www.rowerowarodzinka.pl)
  8. Jeśli chodzi o rzeczy, które należy a których nie należy zabierać ze sobą:
  • już kolejny raz przekonałam się, że nie są potrzebne żadne inne buty poza sandałami. Jak jest deszcz to woda swobodnie wpada i wypada, szybko schną w przeciwieństwie do pełnych butów, jak zimno zakładam skarpety, jak upał to trzeba tylko posmarować stopy między paskami,
  • teraz zastanawiam się czy potrzebne są długie spodnie, może tylko dopinane nogawki,
  • oczywiście polar i wiatrówka muszą być, chociaż tej wiatrówki chyba nie używałam - bardziej przydała się peleryna przeciwdeszczowa,
  • koszulki rowerowe 2, spodnie rowerowe 2 - w zasadzie innych ciuchów nie trzeba, no chyba, że ktoś nie chce w seksownych majtkach wchodzić do kościoła
  • krem do opalania i coś na komary
  • niezbędna jest plandeka - jako przedpokój (przednamiot?), jako kuchnia i jadalnia, jako parasol i ochraniacz na bagaż.
  • niepotrzebny jest słownik
  • GPS - nie mieliśmy, ale już sprawdziłam, że z GPS błądzi się równie skutecznie, a traci się kontakt z tubylcami, piękne widoki, czas no i wspomnienia - bo najfajniejsze są wspomnienia jak się zabłądzi i długo nie może znaleźć drogi.
  • ja miałam 4 małe sakwy Crosso na przód i na tył, Marta 2 duże tylko na tył. Podział w sakwach był taki: w dużych ciuchy (jedna moja, druga Marty), w małych - w jednej kuchnia, w drugiej i trzeciej sypialnia i łazienka, w czwartej zakupy.
  • miałyśmy samopompujące karimaty - genialny wynalazek szczególnie doceniany po 70 km jazdy
Szczegóły, mapy i linki do opisu trasy znajdziesz we wstępie (post pierwszy)

niedziela, 10 lipca 2011

dzień 23 - Berlin, Wschodnia i koniec wakacji


10 km
W Berlinie mamy tym razem piękną pogodę i cztery godziny wolnego. Robimy szybką rundkę po mieście. Berlin robi bardzo dobre wrażenie - jest dużo przestrzeni, ulice szerokie, budynki luźno rozmieszczone, tłumów nie ma, ścieżki dla rowerzystów są.
Do Warszawy startujemy z imponującego dworca Hbf.
Dworzec Warszawa Wschodnia też robi powalające wrażenie...
Koniec wyprawy :-(((

sobota, 9 lipca 2011

dzień 22 - ponownie Paryż, Sacre Coeur i drogocenna herbata

20 km
Rano wreszcie śpimy dłużej. Śniadanie hostelowe o 9:00 poprawione nieco naszymi zapasami, pakujemy się sprawnie i zawozimy nasze bagaże do przechowalni dworcowej na Gare de l'Est.

Jedziemy do Sacre Coeur i po pamiątki z Paryża.
Zwiedzamy bazylikę, mimo tłumów jest cicho i pięknie.

Schody pod bazyliką są zatłoczone, ktoś gra na harfie, ktoś inny tańczy. Jest osobliwie.
Na dole kupujemy pełno dupereli z kolczykami z wieżą Eiffla dla Marty i jej przyjaciółki Gosi włącznie.
Potem idziemy na Place du Tertre. Tu już trudno się przecisnąć.

Pełno malarzy, rysowników, karykaturzystów, wycinankarzy itp artystów. Nieopatrznie w poszukiwaniu toalety wchodzimy do kawiarni i dla niepoznaki zamawiamy herbatkę. Chyba najdroższą na świecie 6,50 euro za naparstek. Ot, gapowe.

Robimy jeszcze rundkę przez Sekwanę do Musee d'Orsay no i na wieczór już jedziemy na dworzec.


W pociągu do Berlina bezstresowo rozkładamy się na podłodze pod rowerami i w przedziale. W Berlinie będziemy o 9:00 rano.



piątek, 8 lipca 2011

dzień 21 - powrót do Paryża, 1.000 km i ciasteczka

54 km
Dzwonienie z wieży kościoła budzi mnie o 7:00. Wiatr jest silny, niebo zachmurzone, dość zimno. Zwijamy się z ociąganiem, ale i tak rekordowo wcześnie startujemy o 8:40. Boulangerie (bagietka i brioszka) i już jedziemy: góra - dół - góra, wyjazd na mój ulubiony nasyp kolejowy. Do Vire mamy 34 km, musimy zdążyć na pociąg na 15:40, ale może nas jeszcze złapać deszcz. Droga, mimo że nasypem, to prowadzi cały czas w górę - ciągniemy się niemiłosiernie. Licznik Kasi wskazuje 1.000 km. Robię pamiątkowe zdjęcie licznika, a Kasia robi pamiątkowe zdjęcie mnie robiącej pamiątkowe zdjęcie licznika. Jest i przyjęcie jubileuszowe - tysięczne ciasteczka, lekko wymiętoszone ale z apetytem i co do okruszka pożarte.
Po 1.000 droga wreszcie prowadzi w dół. Zaraz łapie nas deszcz. Chowamy się w stacji kolejowej przerobionej na miejsce postojowe dla turystów z toaletami, stolikami i nawet prysznicem. Za chwilę ruszamy zafoliowani, bo jeszcze mży. Po paru metrach już trzeba się rozbierać, bo słońce grzeje i jest gorąco.
Do stacji dojeżdżamy ok 14:00. Bez problemów kupujemy bilety.
Pociąg Interregio wygodny, szybki, w 2,5 godziny jesteśmy w Paryżu na Gare Montparnasse.
Dość sprawnie Marta doprowadza nas w okolice placu Bastylii do naszego hostelu.
Dostajemy pokój piętrowy, gotujemy kluchy ze skwarkami na kolację i obżeramy się do przesady. Jutro ostatni dzień - zwiedzanie Paryża.




czwartek, 7 lipca 2011

dzień 20 - Tour de France, Mortain i straszna góra

65 km
Ruszamy już o 9:00, bo dzisiaj Tour de France i grozi nam zamknięcie dróg. Szybka wizyta w boulangerie i jedziemy wzdłuż zatoki mając wielokrotnie przepiękny widok na Mont Saint Michel. Trafiamy na trasę Tour de France, ludzie czekają, atmosfera pikniku, więc też postanawiamy poczekać na kolarzy. Zamiast nich przez półtorej godziny jadą samochody reklamujące mydło i powidło, z których rozochoconej gawiedzi rzucane są duperele typu saszetka proszku do prania, żelki, kołatki, chustki, gazetki, woda w butelkach, ciasteczka, nawet policja rzuca magnesiki reklamowe. Cyrk na kółkach.
Po 1,5 godzinie pytam policjanta czy długo jeszcze i dowiaduję się, że jeszcze godzinę. To już przesada, jedziemy dalej. Po 10 km znowu przecinamy trasę wyścigu, ale teraz już musimy czekać. Na szczęście tylko kilka minut. Peleton przelatuje w parę sekund, a tuż za nimi spada ulewa.
Dalej droga prowadzi starym nasypem kolejowym - prosto, równo i nieciekawie. Co 3 - 5 km leje. Chowamy się jak się da - pod plandeką, w sklepie ogrodniczym, w zaadaptowanej dla turystów starej stacji kolejowej.



Do Mortain musimy się wdrapać jakąś tragicznie stromą drogą na wysoką górę. Na szczycie napada na mnie Francuz - turysta rowerowy chwilowo zmotoryzowany i przepytuje sympatycznie o naszą wyprawę. Sam był i zjechał rowerem niemal całą Polskę od Gdańska do Rzeszowa.
Camping miejski (bezpłatny?) jest na centralnym placu miasteczka nad przepaścią. Wygwizdów niemożliwy.



Camping municipal Les Cascades a Mortain
Place du chateau
50140 Mortain
Tél. : 02 33 79 30 30

środa, 6 lipca 2011

dzień 19 - Mont Saint Michel, pływające piaski i mule

23 km
Dzisiaj trochę więcej porannego luzu. Dzieciaki śpią, a my z Kasią jedziemy do Pontorson dowiedzieć się skąd i kiedy mamy pociąg do Paryża. Droga jest sympatyczna, wzdłuż rzeki.

Wracając widzimy hipodrom i trenujące kłusaki. Przygotowują się do zawodów, które odbędą się za pół godziny. Wracamy na camping, szybkie śniadanko i już pędzimy z Martą zobaczyć wyścigi kłusaków. Pierwszy raz mamy taką okazję i jesteśmy zadziwione w jakim tempie koniki biegną i jak daleko i wysoko wyciągają nogi. Po dwóch gonitwach wracamy na camping, bo dzisiaj drugie podejście do spaceru wokół Mont Saint Michel.

Po drodze obiad i ruszamy na ponad 3-godzinną wycieczkę z przewodnikiem po ruchomych / pływających piaskach. Przewodnik objaśnia wszystko po angielsku. Idziemy boso po mokrym piachu. Różnica poziomów morza między przypływem a odpływem sięga 14 metrów i morze cofa się bardzo daleko.

Rzeki wpadające do zatoki teraz płyną po piasku - kilka razy przez nie przechodzimy. Piasek jest jak bagno, lepiej się nie zatrzymywać, bo nogi się zapadają. Dzieciaki mają niemałą frajdę w taplaniu się w mule. Dochodzimy do wyspy Tombelaine, którą widzieliśmy ze szczytu opactwa. Wycieczka bardzo nam się podoba i cieszymy się, że zostaliśmy jeden dzień dłużej tym bardziej, że dzisiaj pogoda jest rewelacyjna.
Po spacerze idziemy na obiad do restauracji z widokiem na Mont St Michel. Zamawiamy dania a la francaise - mule, zupę rybną, stek z tuńczyka. Wszystko pycha, a restauracja polecona przez "naszą" panią.


restauracja Maree Time - głównie owoce morza, restauracja przy ścieżce spacerowo-rowerowej wzdłuż rzeki
wycieczka z przewodnikiem wokół Mont Saint Michel - chyba po ponad 10 euro od osoby (nam wyszło taniej :-)


wtorek, 5 lipca 2011

dzień 18 - Mont St Michel, aligatory i deszcz

10 km
Dzisiaj Normandia pokazuje nam swoje prawdziwe oblicze. Pogoda od południa jest po prostu szalona - na zmianę upał i zimne ulewy z wiatrem.
Po śniadaniu pakujemy się na wycieczkę do Mont Saint Michel - kremy do opalania, woda, ręczniki. W planie mamy obserwowanie odpływu, zwiedzanie opactwa, jakiś obiad i o 14:30 jesteśmy umówieni z przewodnikiem na spacer po piasku.

Ruszamy o 10:00, na drodze już tłumy ludzi, pełno samochodów, rowerów, autokarów. Wchodzimy do miasteczka przez bramę, przeciskamy się wąską uliczką między sklepami z pamiątkami a kawiarniami i restauracjami. Udaje nam się dotrzeć do opactwa na szczycie wzgórza. Faktycznie wchodzimy bez kolejki dzięki biletom kupionym na campingu.

Zwiedzamy Abbaye, podziwiamy widok jaki rozciąga się z tarasu na najwyższym dostępnym poziomie klasztoru na zatokę, ujście rzeki, 

klifowe wybrzeże Bretanii i wyspę Tombelaine.
Z opactwa schodzimy w kocioł kanapkowo-naleśnikowy i idziemy na umówione miejsce. Niestety przewodnik nie przychodzi za to pogoda nam się drastycznie zmienia. Ręczniki służą za kocyki, robi się chłodno, zaczyna padać deszcz.
Uciekamy z powrotem do miasteczka. Lądujemy w jednej kawiarni, w drugiej, w sklepie z pamiątkami, w informacji turystycznej. Przerwy w deszczu wykorzystujemy na zmianę lokalu.

Wreszcie udaje nam się wyrwać z Mont Saint Michel i pędzimy do Beauvoir.
Po drodze zakupy w drogim supermarkecie i zwiedzanie Aligator Bay - zoo z wężami, aligatorami i żółwiami. Wizyta tam też skutkuje skokiem adrenaliny, kiedy patrzymy, jak potężny krokodyl zamierza upolować faceta sprzątającego mu wybieg. Facet przeżył.
Do campingu docieramy przed totalną ulewą i wieczór spędzamy w kawiarni campingowej. W przerwach deszczu dzieciaki wskakują do basenu.
Skarżę się naszej pani z recepcji i skutkiem tego zostajemy jeszcze jedną noc na campingu, a wycieczkę mamy jutro... za darmo w ramach rekompensaty za straty moralne.

Aligator Bay w Beauvoir: dorośli 11,50, dziecko 13 - 18 lat 9,50, dziecko 3 -12 lat 7,50 euro


poniedziałek, 4 lipca 2011

dzień 17 - Mont St Michel w kukurydzy, przypływ i nasza pani

68 km
Ruszamy o 11:00. Pogoda rewelacyjna. Z trudem wdrapujemy się na wysoką górę, ale potem w nagrodę mamy bardzo długi zjazd. Mijamy dwa małe miasteczka i jesteśmy w Fougeres. Bezbłędnie odnajdujemy creperie - naleśnikarnię. Jemy i galettes i crepes na deser.
Jest 14:30 i ok 45 km do zrobienia. Dalej droga idzie wyjątkowo sprawnie. Marta siada Kasi na kole i jedzie fantastycznie. Ja obstawiam tyły - czyli ledwo się ciągnę. Czasem udaje mi się ich dogonić jak jest z górki. Na szczęście górki łagodne i zjazdy długie.
W pewnym momencie zza kukurydzy wyłania się sylwetka Mont Saint Michel. Entuzjazm w ekipie i seria zdjęć kukurydzy.

Do campingu w Beauvoir dojeżdżamy ok 20:00.

W recepcji wita nas przemiła pani, od razu organizuje nam pobyt, załatwia bilety na zwiedzanie Abbaye, organizuje przewodnika na wycieczkę dookoła Mont Saint Michel i jeszcze chwali mój francuski...
Rozbijamy się, a dzieciaki pędzą do campingowego basenu.


Wieczorem o 21:00 jedziemy na rowerach do Mont Saint Michel zobaczyć przypływ i wyspę wieczornie oświetloną. Woda zalewa parkingi, wpływa w koryto rzeki pod prąd - wrażenie fajne. Patrzymy na zachód słońca i podziwiamy potężną zabudowę wyspy.




Camping aux Pommiers 28 route du Mont Saint Michel 50170 Beauvoir Tél. 02 33 60 11 36 Email : pommiers@aol.com
dobrze jest zarezerwować sobie miejsce - camping jest oblegany

niedziela, 3 lipca 2011

dzień 16 - Vitre, basen i urodziny

61 km
Z campingu w Craon zwijamy się ok. 10:30, ale niestety musimy jechać do sklepu i po ciasteczka do miasteczka. Półtorej godziny z głowy.

Jedziemy przez coraz bardziej pofałdowany teren. Miasteczka śliczne, co jakiś czas chateau i to nie tylko malutkie. Przy jednym pole golfowe.

Do Vitre dojeżdżamy przed 17:00. Od razu znajdujemy basen i pędzimy poszaleć w wodzie. Basen jest czynny do 18:00 - potem wszystkich wypędzają (?!?). Nam akurat wystarczy, ale to dziwne.
Jemy obiad w parku miejskim, na deser
jest dla każdego po ćwiartce tortu urodzinowego Kasi. Nażarci jak bąki jedziemy przez miasto. Jest śliczne, z pięknym zamkiem i na pewno warto po nim trochę pospacerować.

Czas nas goni więc tylko patrzymy na zamek z pobliskiego wzgórza.
Marta jest już solidnie zmęczona i zniechęcona. Jest po 21:00 a mamy jeszcze kilkanaście kilometrów do zrobienia. Na campingu w Chatillon-en-Vendelais jesteśmy po 22:00. Pusto, cicho, do recepcji pójdziemy rano.





basen

Piscine du Bocage

Route d'Argentré-du-Plessis, chemin du Feil à Vitré
02.23.55.16.20
9h à 13h et 14h30 à 18h
3,50 / 4,74 euro

camping miejski w Châtillon-en-Vendelais nad jeziorem
7,85 euro 2 os, namiot

sobota, 2 lipca 2011

dzień 15 - Plessis-Bourre i piękna Mayenne

68 km
Rano wstajemy bez problemów ze względu na proszone śniadanie. Petit dejeuner a la francaise składa się z ciasta i herbaty / kawy / czekolady. Rozmawiamy trochę. Nadine trochę po angielsku, ja trochę po francusku, Kasia po angielsku. O naszej wyprawie, o nauce języków obcych, o domu, o pracy.

O 10:00 ruszamy do Chateau de Plessis-Bourre. Zamek jest tak ładny, że zwiedzamy również wnętrza. Przewodnikiem jest Rosjanka, która dowolnie zmienia języki. Mówi bardzo ciekawie i znowu Marta nie potrzebuje żadnego wyjaśniania. Chateau jest malutkie, z piękną fosą, ale za to bogato wyposażone w meble i obrazy z różnych epok od średniowiecza po XIX w. przez sztukę japońską.
Z zamku ruszamy o 12:00 do Le Lion d'Angers, gdzie mieliśmy nocować. To właśnie ten kawałek mamy dzisiaj do nadrobienia. Niestety w tym rejonie już nie ma takiego zagęszczenia campingów jak nad Loarą, dobrze byłoby robić trasę zgodnie z planem.

Tuż przed Lion skręcamy na śliczną ścieżkę rowerową wzdłuż rzeki Mayenne. Ścieżka jest rekreacyjna, omijająca górki, bo wzdłuż rzeki. Ale udaje nam się ją zgubić. Musimy kawał drogi jechać po polu. Wpadamy na naszą ścieżkę przy jednym z wielu stopni wodnych na Mayenne. Droga prowadzi przez pastwiska, pola, łąki, mijamy zamki na wzgórzach lub skałach nad wodą.
W Menil odjeżdżamy od ślicznej Mayenne i zaczynają się górki-dołki. Przed Craon jest już bardzo ciężko, tym bardziej, że jesteśmy głodni. Ostatkiem sił lądujemy w pizzerii. Stąd do campingu jest już tuż tuż.. Docieramy tam o 21:30, w recepcji nikogo, więc rozbijamy się w dowolnie wybranym miejscu. Camping dość głośny - obok odbywa się nocna imprezka, dzieci biegają do późnej nocy. Niewiele nam to przeszkadza.




Camping Municipal du Mûrier

Rue Alain Gerbault
53400 Craon
Telefon: 02 43 06 96 33
Fax: 02 43 06 96 33
WWW: http://www.ville-craon53.fr/camping-du-murier.php
E-mail: contact@ville-craon53.fr

piątek, 1 lipca 2011

dzień 14 - na północ, mapa i nowi przyjaciele

78 km
Rano mamy trochę więcej luzu, bo Kasia poszła do internetu. Ruszamy dopiero o 12:00.

Rzucamy ostatnie spojrzenie na piękny zamek w Saumur i zostawiamy już dolinę Loary - kierujemy się na północny zachód w stronę Normandii.

Tak wygląda mapa ostatniego etapu naszej wyprawy - do Mont Saint Michel i dalej w stronę Paryża:
(link do całej mapy wyprawy: http://maps.google.com/maps/ms?ie=UTF&msa=0&msid=
211944838235922010300.0004a7deb2fd3167a1062)


Droga sympatyczna, trochę gorzej oznakowana. Staramy się ominąć Angers i błądzimy, błądzimy... Nie mam pojęcia jaką drogą w końcu jedziemy, ale jest ładnie.
Jedziemy wzdłuż małej rzeczki, droga asfaltowa, bez samochodów. Z daleka widzimy chateau de Mongeoffroy.

Jest już późno a do najbliższego campingu w Lion d'Angers jest jeszcze 20 km. Jesteśmy zmęczeni, bo mamy już 78 km na liczniku. Wchodzę na mijane podwórko i pytam gospodynię, czy możemy rozbić się na łące koło domu, bo późno, bo dzieci zmęczone. Z lekkim wahaniem pani zaprasza. Jak wchodzimy wita nas już cała rodzina - pani Nadine, jej mąż Jean Pierre, córka 17-letnia Emeline i ok 12-letni syn Guillaume. Emeline od razu zabiera Martę do konia, Guillaume Dawida do gry w piłkę, a nas z Kasią Nadine zaprasza do łazienki pod prysznic.
Dostajemy też zaproszenie na śniadanie o 8:30 rano. Jean Pierre przeprasza, że rano będzie hałasował, ale wychodzi o 6:00 do pracy.
Marta do nocy stoi z Emeline przy klaczy, jakoś się dziewczynki dogadują. Klacz jest domowa, pieszczona i ukochana, ładny haflinger z bujną grzywką.
Dom jest przebudowany ze stajni, która należała do pobliskiego zamku Plessis-Bourre, urządzony bardzo ładnie, jak typowy francuski wiejski dom.

czwartek, 30 czerwca 2011

dzień 13 - Saumur, Cadre Noir i camping z basenem

30 km
Dzisiaj bardzo ważny dzień. W Ecole Nationale d'Equitation Le Cadre Noir odbywa się pokaz ujeżdżania, na który bilety kupiłam już miesiąc temu. Narodowa szkoła ujeżdżania jest jednym z ważniejszych punktów naszej wyprawy.
Pokaz jest o godz 10:30.

Startujemy z Martą o 9:00 z pustymi rowerami, bo zostajemy w Saumur na drugą noc. Droga do szkoły wiedzie przez jedno miasteczko, drugie miasteczko, pola, górki. Łatwo się jedzie bez bagażu. Bilety odbieramy w kasie bez problemu.
Pokaz jest bardzo ciekawy, a Marta zachwycona. Prezentowane są metody pracy z końmi. Najpierw bez jeźdźca, z trenerem prowadzącym na krótkich wodzach. Koń grzecznie wykonuje różne figury, skacze w miejscu, wierzga, staje dęba.
Potem trener prowadzi konia na długiej lonży, której jeden koniec prowadzi od pyska konia do ręki trenera, a drugi od pyska konia przez tylne nogi do ręki trenera. Takie trzymanie pozwala na zmianę kierunku bez przepinania lonży.

Koń posłusznie zmienia chody i skacze przez coraz wyższe przeszkody. Później rozpoczyna się prezentacja umiejętności koni pod jeźdźcami. Cała grupa wykonuje różne ćwiczenia. Marta wie jak trudno jest wyegzekwować od konia prawidłowe wykonanie
kroków. Na koniec colonel pokazuje skoki w formie zabawy - przez stół, krzesło i stojaki.


Bardzo ciekawy jest pokaz ujeżdżania prowadzony przez kobietę, która idzie za koniem trzymając wodze niemal na jego zadzie.

Koń fantastycznie zmienia chody i tańczy tak jak ona chce.
Niesamowite jest to, że konie reagują niemal wyłącznie na wodze.
Zawsze myślałam, że podstawą jest dosiad i łydki.
Po pokazie mamy jeszcze zwiedzanie szkoły. Ale okazuje się, że przewodnik angielski jest dopiero o 15:00. Zostajemy z Martą na terenie szkoły i same zwiedzamy stajnie. Marta musi przytulić i pogłaskać każdego konia. Trochę to trwa, tym bardziej, że w szkole jest podobno 400 koni...
Patrzymy na treningi skokowe i ujeżdżeniowe. Pogoda jest piękna, nikt nas nie przegania.

Zwiedzanie z przewodnikiem okazuje się niezwykle interesujące. Pani opowiada o koniach, o stajniach, o trenerach, o uczniach. Marta wszystko rozumie, ja prawie też. Te 400 koni obsługuje tylko 60 osób, dużo prac jest zautomatyzowanych - pojenie, karmienie, odprowadzanie nawozu. Szkoła kształci trenerów, aby się do niej dostać trzeba spełnić 7 warunków, nauka w szkole trwa 1 rok i kosztuje tylko 1.000 euro. Jeśli jest się z własnym koniem to opieka nad nim jest za darmo. Konie są szkolone do skoków lub do ujeżdżania lub na ... pokazy czyli do tańca.
Podczas naszej nieobecności Kasia z Dawidem zwiedzają muzeum czołgów.

Wracamy do Saumur dopiero o 16:30. Jemy jakiś podły obiad w barze i poprawiamy ciasteczkami w boulangerie.
Po powrocie na camping idziemy na basen. Woda jest ciepła, ale jest już dość chłodno.
Wieczorem idziemy na miasto na naleśniki z jajkiem i szynką (galette) i z cukrem i konfiturami (crepes).



CADRE NOIR DE SAUMUR

Institut Français du Cheval et de l’Équitation
Saint-Hilaire-Saint-Florent - B.P. 207
49411 SAUMUR cedex
Tél. 02 41 53 50 60
Fax. 02 41 53 50 52
20 / 17,50 / 12 euro

Musée des Blindés (czołgów)
1043, route de Fontevraud
49400 - SAUMUR
10h à 18h
Zwiedzanie 7/4 euro, 5 euro za prawo fotografowania!

środa, 29 czerwca 2011

dzień 12 - Villandry, grota i skamieniały Garfield

77 km
Pobudka przed 8:00. Lecę na pocztę wysłać paczkę z niepotrzebnymi ciuchami do Polski. 5 kg mniej do wożenia. Zwijamy się, śniadanko i o 10:00 start.

Jedziemy do Villandry 2 km. Zamek ładny, ale wchodzimy tylko do ogrodów. Śliczne - trochę klasycznie francuskiego, trochę kwiatowego czy warzywnego. Pogoda rewelacyjna - słonecznie a nie upalnie, czasem chłodny wiaterek.

Po ogrodach zwiedzamy grotę, która jest w Savoniers (musimy wrócić te 2 km). Bardzo ciekawa. Normalnie osad wapienny przyrasta 1 cm na 100 lat - tutaj 1 cm rocznie.
Wszystko pokrywa się kamieniem z przesiąkającej z góry wody. Przewodniczka jest jednocześnie właścicielką groty i produkuje w niej kamienne figurki. Skamienieniu mogą ulegać wszystkie dostępne materiały z kwitnącymi kwiatami włącznie.
Przewodniczka mówi po angielsku - Marta wcale nie potrzebuje tłumaczenia, wszystko rozumie. Kupujemy skamieniałego Garfielda. Kasia - słonika.
Wyjazd z groty o 14:40. Jedziemy cały czas ścieżką rowerową wzdłuż Loary. Pogoda super.

Wjeżdżamy do Usse. Zameczek jak z bajki o Śpiącej Królewnie.
Dalej Montsoreau. Ładny zamek, ale przede wszystkim niezwykłe domy wykute w skale.
Trzymamy się ścieżki rowerowej, która wyprowadza nas na wysokie wzgórze pokryte winnicami. Kapitalny widok na Loarę.
Jedziemy przez stare pomieszczenia mieszkalne urządzone w skałach. Na tablicach pokazany jest proces produkcji wina począwszy od zbioru winogron.


Do Saumur dojeżdżamy prawie o 22:00. Zamek jest pięknie oświetlony zachodzącym słońcem. Rozbijamy się, już po ciemku, na 4-gwiazdkowym campingu.



Villandry - tylko ogrody - dzieci 4 euro, dorośli 6,50 euro
Grottes Petrifiantes - dziecko do 12 lat 5 euro, starsze i dorośli 6,60
skamieniały Garfield 9,50 euro

Camping L'ile D'offard
boulevard de Verden, 49400 Saumur, Francja +33 2 41 40 30 00 ‎ cvtloisirs.com
18 euro/2 os namiot
paczka 5,092 kg do Polski 32,65 euro - kurier dzwonił już dwa dni później