czwartek, 30 czerwca 2011

dzień 13 - Saumur, Cadre Noir i camping z basenem

30 km
Dzisiaj bardzo ważny dzień. W Ecole Nationale d'Equitation Le Cadre Noir odbywa się pokaz ujeżdżania, na który bilety kupiłam już miesiąc temu. Narodowa szkoła ujeżdżania jest jednym z ważniejszych punktów naszej wyprawy.
Pokaz jest o godz 10:30.

Startujemy z Martą o 9:00 z pustymi rowerami, bo zostajemy w Saumur na drugą noc. Droga do szkoły wiedzie przez jedno miasteczko, drugie miasteczko, pola, górki. Łatwo się jedzie bez bagażu. Bilety odbieramy w kasie bez problemu.
Pokaz jest bardzo ciekawy, a Marta zachwycona. Prezentowane są metody pracy z końmi. Najpierw bez jeźdźca, z trenerem prowadzącym na krótkich wodzach. Koń grzecznie wykonuje różne figury, skacze w miejscu, wierzga, staje dęba.
Potem trener prowadzi konia na długiej lonży, której jeden koniec prowadzi od pyska konia do ręki trenera, a drugi od pyska konia przez tylne nogi do ręki trenera. Takie trzymanie pozwala na zmianę kierunku bez przepinania lonży.

Koń posłusznie zmienia chody i skacze przez coraz wyższe przeszkody. Później rozpoczyna się prezentacja umiejętności koni pod jeźdźcami. Cała grupa wykonuje różne ćwiczenia. Marta wie jak trudno jest wyegzekwować od konia prawidłowe wykonanie
kroków. Na koniec colonel pokazuje skoki w formie zabawy - przez stół, krzesło i stojaki.


Bardzo ciekawy jest pokaz ujeżdżania prowadzony przez kobietę, która idzie za koniem trzymając wodze niemal na jego zadzie.

Koń fantastycznie zmienia chody i tańczy tak jak ona chce.
Niesamowite jest to, że konie reagują niemal wyłącznie na wodze.
Zawsze myślałam, że podstawą jest dosiad i łydki.
Po pokazie mamy jeszcze zwiedzanie szkoły. Ale okazuje się, że przewodnik angielski jest dopiero o 15:00. Zostajemy z Martą na terenie szkoły i same zwiedzamy stajnie. Marta musi przytulić i pogłaskać każdego konia. Trochę to trwa, tym bardziej, że w szkole jest podobno 400 koni...
Patrzymy na treningi skokowe i ujeżdżeniowe. Pogoda jest piękna, nikt nas nie przegania.

Zwiedzanie z przewodnikiem okazuje się niezwykle interesujące. Pani opowiada o koniach, o stajniach, o trenerach, o uczniach. Marta wszystko rozumie, ja prawie też. Te 400 koni obsługuje tylko 60 osób, dużo prac jest zautomatyzowanych - pojenie, karmienie, odprowadzanie nawozu. Szkoła kształci trenerów, aby się do niej dostać trzeba spełnić 7 warunków, nauka w szkole trwa 1 rok i kosztuje tylko 1.000 euro. Jeśli jest się z własnym koniem to opieka nad nim jest za darmo. Konie są szkolone do skoków lub do ujeżdżania lub na ... pokazy czyli do tańca.
Podczas naszej nieobecności Kasia z Dawidem zwiedzają muzeum czołgów.

Wracamy do Saumur dopiero o 16:30. Jemy jakiś podły obiad w barze i poprawiamy ciasteczkami w boulangerie.
Po powrocie na camping idziemy na basen. Woda jest ciepła, ale jest już dość chłodno.
Wieczorem idziemy na miasto na naleśniki z jajkiem i szynką (galette) i z cukrem i konfiturami (crepes).



CADRE NOIR DE SAUMUR

Institut Français du Cheval et de l’Équitation
Saint-Hilaire-Saint-Florent - B.P. 207
49411 SAUMUR cedex
Tél. 02 41 53 50 60
Fax. 02 41 53 50 52
20 / 17,50 / 12 euro

Musée des Blindés (czołgów)
1043, route de Fontevraud
49400 - SAUMUR
10h à 18h
Zwiedzanie 7/4 euro, 5 euro za prawo fotografowania!

środa, 29 czerwca 2011

dzień 12 - Villandry, grota i skamieniały Garfield

77 km
Pobudka przed 8:00. Lecę na pocztę wysłać paczkę z niepotrzebnymi ciuchami do Polski. 5 kg mniej do wożenia. Zwijamy się, śniadanko i o 10:00 start.

Jedziemy do Villandry 2 km. Zamek ładny, ale wchodzimy tylko do ogrodów. Śliczne - trochę klasycznie francuskiego, trochę kwiatowego czy warzywnego. Pogoda rewelacyjna - słonecznie a nie upalnie, czasem chłodny wiaterek.

Po ogrodach zwiedzamy grotę, która jest w Savoniers (musimy wrócić te 2 km). Bardzo ciekawa. Normalnie osad wapienny przyrasta 1 cm na 100 lat - tutaj 1 cm rocznie.
Wszystko pokrywa się kamieniem z przesiąkającej z góry wody. Przewodniczka jest jednocześnie właścicielką groty i produkuje w niej kamienne figurki. Skamienieniu mogą ulegać wszystkie dostępne materiały z kwitnącymi kwiatami włącznie.
Przewodniczka mówi po angielsku - Marta wcale nie potrzebuje tłumaczenia, wszystko rozumie. Kupujemy skamieniałego Garfielda. Kasia - słonika.
Wyjazd z groty o 14:40. Jedziemy cały czas ścieżką rowerową wzdłuż Loary. Pogoda super.

Wjeżdżamy do Usse. Zameczek jak z bajki o Śpiącej Królewnie.
Dalej Montsoreau. Ładny zamek, ale przede wszystkim niezwykłe domy wykute w skale.
Trzymamy się ścieżki rowerowej, która wyprowadza nas na wysokie wzgórze pokryte winnicami. Kapitalny widok na Loarę.
Jedziemy przez stare pomieszczenia mieszkalne urządzone w skałach. Na tablicach pokazany jest proces produkcji wina począwszy od zbioru winogron.


Do Saumur dojeżdżamy prawie o 22:00. Zamek jest pięknie oświetlony zachodzącym słońcem. Rozbijamy się, już po ciemku, na 4-gwiazdkowym campingu.



Villandry - tylko ogrody - dzieci 4 euro, dorośli 6,50 euro
Grottes Petrifiantes - dziecko do 12 lat 5 euro, starsze i dorośli 6,60
skamieniały Garfield 9,50 euro

Camping L'ile D'offard
boulevard de Verden, 49400 Saumur, Francja +33 2 41 40 30 00 ‎ cvtloisirs.com
18 euro/2 os namiot
paczka 5,092 kg do Polski 32,65 euro - kurier dzwonił już dwa dni później

wtorek, 28 czerwca 2011

dzień 11 - Le Cher, koniki i tor dla bmx-ów

53 km
Pobudka o 7:30. jakoś przeżyłam noc. Przejeżdżający przez głowę pociąg usłyszałam dopiero rano. Spałyśmy z otwartym namiotem, ale na szczęście robale nas nie zjadły.
Zwijamy się z trudem, bo już jest gorąco. Namioty suche, rosy nie ma, a ja potrzebuję prysznica przed wyjazdem, bo jestem cała mokra.

Startujemy o 9:30. W planie jazda wzdłuż rzeki Le Cher - znaczy w dół i przy wodzie. Pogoda lepsza, czasem chmury na niebie, trochę wiatru i dużo łatwiej oddychać. Jedziemy trochę asfaltem, trochę szutrem. Drżę o rower, ale jest OK.
Spotykamy koniki i akurat pani idzie je karmić. Dzieci dostają po misce z owsem i karmią konie. Potem trafiamy na park dla bmx-ów. Dzieciaki szaleją. Mimo ciężkiego upału natychmiast zrzucają sakwy i gnają na górki. Skąd te potwory mają tyle energii?
Po chwili odsapki jedziemy dalej.

Droga jest cały czas wzdłuż rzeki, trochę po wertepach. Tak dojeżdżamy do Tours. Lądujemy w IKEA na obiedzie. Nażarci do granic i porządnie wystudzeni (klimatyzacja i lód w napojach) jedziemy na basen miejski. Basenik malutki, ale radocha jest.
Po godzinie ruszamy dalej. W Savonnieres robimy zakupy w maleńkim sklepiku, a w boulangerie kupujemy bagiety i ciasteczka. I wtedy zaczyna lać deszcz. Na szczęście tylko chwilę, ale boimy się jechać dalej, bo chmurzyska są potężne. Zostajemy w Savonnieres na campingu na noc. Mocno się ochłodziło. Nawet trzeba założyć długie spodnie. Mam spalone plecy, z rąk już mi schodzi skóra.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

dzień 10 - Leonardo, Chenonceau i złamana nóżka

32km

Ruszamy dość sprawnie o 9:30 bez śniadania. Jedziemy do Amboise. Pierwszy przystanek to Leclerc i zakupy na śniadanko.
Potem jedziemy do domu Leonarda da Vinci - Clos Luce. Zwiedzamy pałacyk i park, w którym są wykonane na podstawie jego rysunków różne urządzenia: np. do nabierania wody, most przesuwany, machina wojenna, most przenośny, machina latająca. Marcie bardzo się podobało. Piknik robimy w parku.
Jedziemy do Chenonceaux, ciężka droga, górki, dołki. Gubię ręcznik przy kolejnym rozpinaniu sakw w poszukiwaniu wody.


W Chenonceaux jesteśmy ok 17:30. Na teren parku i do pałacu wchodzimy tylko my z Martą. Kasia woli zjeść obiad.
Zameczek bardzo ładny, pięknie wyposażony. Wokół ogród kwiatowy w fioletach, niedaleko przypałacowe gospodarstwo rolne z XVI w z ogrodami, labirynt z żywopłotu.
Skwar z nieba przestaje się lać, ale tak jakby miało zanosić się na burzę. Kasia woli zostać na miejskim campingu między torami kolejowymi a parkiem pałacowym. Łamie mi się nóżka od roweru. Zaczynam bać się jutrzejszego dnia. Co jeszcze mi się sypnie w rowerze?
Jest 24:00 a upał jest straszny i pot się ze mnie leje. Musimy mieć dokładnie zamknięty namiot, bo muszki i różne robale atakują.

Parc Leonardo da Vinci bilet rodzinny 8,75 euro od osoby, tel. 0247570073, fax 0247305428, www.vinci-closluce.com
Zwiedzanie parku i chateau de Chenonceau 8,50 euro dziecko 7 - 18 l; 10,50 dorosły, www.chenonceau.com
Camping municipal w Chenonceaux 2,90 euro za osobę + 2,25 za namiot

niedziela, 26 czerwca 2011

dzień 9 - Blois, Dom Magii i zamknięta kasa

73 km
Pobudka o 8:00. Szukam informacji o pomocy technicznej do roweru, ale recepcja jeszcze zamknięta. patrzymy z podziwem jak kilka minut po ósmej tuż obok startuje rodzina z trzema dziewczynkami. My tym razem wyjątkowo sprawnie zwijamy się już o 9:30. Recepcja nadal zamknięta więc mieliśmy nocleg za darmo. Marta ma zapakowane duże sakwy, a ja wypchane przednie i śpiwory z tyłu.


Jedziemy do Blois w poszukiwaniu serwisu rowerowego.
Jest niedziela, wszystko zamknięte. Trafiamy na targ w centrum miasta - rozpoczynają się wyprzedaże. Jemy śniadanko na ławce, na szczęście boulangerie z ciasteczkami jest czynna.

Postanawiamy zobaczyć zamek, tuż obok jest Dom Magii i spektakl rozpoczyna się za chwilę o 11:15.
Wysyłamy dzieci same, a ja z Kasią jedziemy do biura informacji turystycznej po pomoc. Bardzo miła pani dzwoni po serwisach rowerowych czy ktoś może wymienić mi bagażnik. Jest! Lecę, błądzę, mimo że mam dokładny plan. W serwisie miły pan wymienia mi bagażnik za 22 euro.
Wracam szczęśliwa na zamek. Dzieci już skończyły zwiedzanie Domu Magii - podobało się.
Przepakowujemy się i idziemy zwiedzać zamek.

Jest bardzo ciekawy - każde skrzydło jest w innym stylu architektonicznym - gotyk promienisty, renesans i klasyczny.
Pomieszczenia ciekawe, klatki schodowe imponujące - wszystko białe i chłodne w przeciwieństwie do piekarnika na zewnątrz.
Ruszamy o 15:40 do zamków Beauregard i Cheverny. Niestety błądzimy solidnie. Do Beauregard nie wchodzimy, bo trzeba
wykupić bilety również na zwiedzanie wnętrz, a chcieliśmy tylko do parku.

Do Cheverny dotarliśmy dwie minuty po zamknięciu kas i nic nie pomogły moje prośby. Szkoda, bo chciałam dzieciakom pokazać psiarnie.
Jedziemy dalej. Upał niemiłosierny, Chaumont-sur-Loire widzimy tylko od strony rzeki.

Gnamy do Mosnes i do parku linowego Fantasy Forest. To okazuje się porażką - mimo, że tam, zgodnie z ulotkami, ponoć miał być camping, wszystko jest zamknięte.
Na szczęście niedaleko znajdujemy mały camping, gdzie miła pani przyjmuje nas z otwartymi ramionami. Jest 22:30, szybko się rozbijamy, prysznic i spać. Fantasy Forest jutro również będzie zamknięte - we Francji sezon zaczyna się pierwszego lipca...

Fantasy Forest w Mosnes www.fantasyforest.fr, uwaga na kalendarz (calendrier)
camping, na który trafiliśmy był chyba przynależny do Fantasy Forest - znajdował się przy Loarze
Zwiedzanie Chateau Royal de Blois 9,50 dorosły, 4 euro dziecko 6 - 17 lat
Maison de la Magie (Dom Magii) www.maisondelamagie.fr dzieci 6-17 lat 5 euro, dorosły 8 euro, spektakle godz. 11:15, 15:15, 17:15

sobota, 25 czerwca 2011

dzień 8 - Chambord, jazda konna i bagażnik w rozsypce

59 km
Dzień zaczyna się od tego, że nie mam tylnego hamulca. Na szczęście udaje mi się dogadać z panem w recepcji campingu i jedziemy do serwisu. Kasia ma zastrzeżenia do swojego koła więc fachowiec też jej się przyda.
Obok serwisu rowerowego spotykamy Polaka, który mieszka we Francji juz od 9 lat i ma ochotę z nami pogadać, więc wyjaśnienie serwisantowi problemu hamulca i koła nie stanowi już dla nas żadnego problemu. Obok odbywa się targ z ciuchami, butami, duperelami, owocami. Oglądamy sukienki dla Marty. Trochę za drogie. Nic nie kupujemy.

Wyjazd z miasteczka bez problemów. Jedziemy trasą rowerową do Blois przez Chambord. Droga bardzo fajna, przez pola, wsie i urocze miasteczka. Domki prześliczne. Oczywiście zdarzył się moment, że zgubiliśmy drogę, ale tylko 8 km nadrobiliśmy.
Do Chambord dojeżdżamy o 16:15. Marta widziała informację, że o 16:30 zaczyna się pokaz jazdy konnej, więc pędzimy, żeby zdążyć. Pokaz jest super, koniki odważne i bardzo posłuszne. Jest trochę walki, trochę ujeżdżania, trochę tresury. Oglądamy z wypiekami na twarzy.

Niestety po pokazie zamek już jest zamknięty dla zwiedzających i nie udaje się nam zobaczyć słynnych podwójnie kręconych schodów.
Do campingu w Vineuil prowadzi nas piękna ścieżka rowerowa. Przy zdejmowaniu sakwy widzę, że bagażnik mam połamany. Mój rower miał dziś czarny dzień.

piątek, 24 czerwca 2011

dzień 7 - Chateaudun, most łukowy i znowu mapa

63 km
Startujemy o 10:30.
Najpierw zwiedzamy Chateau de Chateaudun. Zamek jest duży, pusty, bardzo stary, budowany od II do XVI wieku. Trochę romański, trochę gotyk, trochę renesans.
Po zwiedzaniu robimy zakupy w Intermarche i próbujemy wydostać się z miasta. Udaje się dopiero po 14:00. Jedziemy do Meung-sur-Loire. Droga doskonała, niemal bez wiatru, lekkie górki i dołki. Marta cały czas prowadzi i nawet musimy ją łapań, żeby zjeść drugie śniadanko w polu.
W Meung patrzymy z daleka na potężny zamek, a z bliska na ciasteczka. Do Beaugency prowadzi nas rewelacyjna ścieżka rowerowa. I tak już będzie niemal w całej dolinie Loary.
Po zakotwiczeniu na campingu jedziemy średniowiecznym łukowym mostem do miasteczka pooddychać trochę Francją. Niestety nie udaje nam się znaleźć francuskiej kawiarni. Jest turecka, afrykańska i dwie pizzerie. Siadamy w jednej z nich na kawę, czekoladę i wino. Wracamy spać przed północą.
Tak wygląda mapa naszej trasy wzdłuż Loary:
(to ponownie link do całej mapy wyprawy: http://maps.google.com/maps/ms?ie=UTF&msa=0&msid=
211944838235922010300.0004a7deb2fd3167a1062)










Chateau de Chateaudun - dorosły 7 euro

czwartek, 23 czerwca 2011

dzień 6 - Chartres, woda i podwójne smażenie

64 km
W nocy leje. Zwijamy się o 11:00 już bez deszczu.

Jedziemy zwiedzać katedrę. Połowa niestety jest w remoncie - odnawiane są polichromie. Przepiękne witraże, magiczny labirynt na posadzce (niestety zastawiony krzesłami). Wchodzimy po wąziutkich kręconych schodach na najwyższą wieżę katedry, z której pięknie widać miasto.


Wyjazd z miasta tym razem bez problemów i droga do Chateaudun bardzo fajna. Wiatr dużo mniejszy niż wczoraj, górki łagodniejsze, pola kukurydzy, rzepaku i dojrzałych już zbóż. Po drodze zachodzimy do jakiegoś gospodarstwa, żeby napełnić puste butelki wodą, a pan sięga do zgrzewki, daje nam 2 półtoralitrowe firmowe wody i jeszcze nie chce za to pieniędzy. Jesteśmy zaskoczone uprzejmością Francuzów.



Mijane miasteczka są bardzo ładne. Zawsze mają średniowieczny kamienny kościół, kamienne lub drewniane i przetykane kamieniami domy. Widać, że podstawowego materiału do budowy - kamienia - mają pod dostatkiem.




W St. Denis zaglądamy do bulangerie po bagietki i eklery - pyszne. Po kolejnych 8 km Chateaudun i sympatyczny miejski camping. Gospodarz campingu po raz pierwszy gości Polaków na rowerach. Spotykamy rowerowe małżeństwo, które już widzieliśmy w Chartres na campingu. Holendrzy jadą do Tours i też nie spotkali jeszcze Polaków na swojej drodze.
Na obiad mamy kluski ze skwarkami - rewelacja! Jesteśmy porządnie zmęczeni. Słoneczko grzało cały dzień, ale nie było upału, więc nie czułam potrzeby posmarowania się kremem. Okazuje się, że się spaliłam - mam poparzone ręce i kolana. Piecze. Prysznic cudownie łagodzi ból.

środa, 22 czerwca 2011

dzień 5 - zgubiona ścieżka, Chartres i zamknięta brama

49 km
Dzisiejsze plany szlag trafił. Leje. Mieliśmy rano iść do muzeum kolei. Gramolimy się do ciepłej łazienki dopiero koło 11:00. Po śniadaniu przestaje padać i szybko zwijamy mokre namioty. Płacę za camping dwa razy za dużo, bo mój francuski jest zbyt zagmatwany. Na szczęście zauważam tę zawrotną kwotę (63 euro) i pani w recepcji oddaje mi gotówkę. Marta zaprzyjaźnia się z milutkim kotem.

Ruszamy koło 13:00. Droga ładna, wśród pól, ale wiatr strasznie silny oczywiście prosto w twarz.
Mijamy miasteczka, które właściwie są skupionymi wokół średniowiecznego kościoła osiedlami domków jednorodzinnych. Zadbanych, wypieszczonych, z uporządkowanymi i ukwieconymi ogródkami. Sklepu brak (też typowe, inną opcją jest sklep zamknięty między 12:00 a 16:00).

W Gallardon robimy zakupy - przede wszystkim w boulangerie, naszym ulubionym sklepie. Oglądamy wielki stary kościół i fragment wieży.



Wyjazd z miasteczka pod górę. Kasia z Dawidem jadą szybciej i niestety nie tą
drogą, co trzeba. Po kilkunastu minutach czekania na rozdrożu dzwonię do Kasi. Na tyle daleko już są, że jedziemy za nimi. Efektem tego jest nie tylko nadrobienie kilku kilometrów, ale również jazda bardzo ruchliwą drogą aż do samego Chartres.

Z daleka widać górującą nad miastem katedrę. Nadal jest silny wiatr i do tego dochodzą podmuchy mijających nas ciężarówek.
Do Chartres dojeżdżamy koło 19:00. Katedra jest wysoko na wzgórzu. Piękna i potężna, bogato zdobiona. Niestety jest już zamknięta i dziś możemy ją podziwiać tylko z zewnątrz. Zachwycamy się również starym miastem w otoczeniu katedry - wąziutkie uliczki, kamienne i drewniane domy, cicho i spokojnie.
Jedziemy na camping. Rozbijamy się i planujemy wyjście do miasta na oglądanie iluminacji katedry. Niestety po 22:00 brama campingu jest już zamknięta, a my na szczęście znajdujemy się po prawidłowej stronie (tej z namiotem).



wtorek, 21 czerwca 2011

dzień 4 - Wersal i ciepła podłoga

49 km
W nocy pada, wstajemy o 9:00, szybkie suszenie namiotów, o 12:05 ruszamy do Wersalu.
Po drodze kupujemy bagietki i croissanty u miłej pani w boulangerie. Poranna wizyta w piekarnio-ciastkarni będzie już naszym codziennym rytuałem.
Jedziemy przez miasto ruchliwymi ulicami. Marta doprowadza nas bezpiecznie do Wersalu. Pierwsze wrażenie jest negatywne. Ogromna imponująca budowla, przed którą jakiś artysta postawił konstrukcję ze złomu. Jakiś okropny dysonans. Oczywiście przed pałacem parking dla samochodów i autokarów, błoto, jakiś remont drogi. Tłum ludzi i ogrodzenie, za które nie można wprowadzić rowerów. Rezygnujemy z głównego wejścia i próbujemy dostać się do parku.
Jedna brama zamknięta dla rowerów, ale przez drugą już można wjechać - prosto na pastwisko dla koni i owiec. Marta aż spadła z roweru ze zdziwienia. Gdyby nie ta miła niespodzianka, Wersal nie zostawiłby miłych wrażeń.

Udało nam się dojechać do miejsca, skąd widać pałac, który wygląda dość surrealistycznie w kadrze z owcami. Widoki psuły również kolejne zardzewiałe dzieła sztuki współczesnej. Usiłujemy wydostać sie z parku. Nie jest to łatwe i bez pomocy tambylców by się nie udało, bo kierunki świata ewidentnie nam się mylą.

Jedziemy na Dampierre i Rambouillet. Górki, dołki, a do samego miasteczka potężny zjazd (co wróży niestety wyjazd pod górę).
W miasteczku chateau, samo miasteczko sympatyczne, typowo francuskie. Zamieniam parę zdań z Francuzami, którzy są ciekawi skąd i dokąd jedziemy.
Do Rambouillet ładna droga (tzn. górki, dołki). W miasteczku trochę błądzimy szukając campingu. Nawet prawie udało nam się wyjechać na autostradę. Życzliwi ludzie nas zawrócili.



Recepcja campingowa już nieczynna, restauracja też. Bez meldunku rozbijamy się w dowolnie wybranym miejscu. Las, jest dosyć wilgotno, widać, że padało. Łazienka elegancka, z gorącym kaloryferem i ogrzewaną podłogą. Kąpiemy się, pierzemy, gotujemy. W łazience jest cieplutko, a na dworzu po 22:00 niezbyt przyjemnie. Po północy idziemy spać.

Oto mapa trasy z Paryża do Loary:
(ponownie link do mapy całej wyprawy: http://maps.google.com/maps/ms?ie=UTF&msa=0&msid=
211944838235922010300.0004a7deb2fd3167a1062)


poniedziałek, 20 czerwca 2011

dzień 3 - Paris, camping Paris i obżarstwo

23 km
Rano pada deszcz. Wstajemy po 8:00, prysznic i śniadanko wliczone w cenę hostelu: bułka z dżemem, nutellą (chyba prywatną któregoś z gości...), serem żółtym (jeszcze z domu), herbata, czekolada. O 9:45 ekspres przestaje działać.

Pakujemy się i startujemy przed 11:00. Troszkę mży, ale czasem jest sucho, ciepło i sympatycznie.


Postanawiamy przejechać przez Paryż na camping koło Lasku Bulońskiego. Jak nam starczy sił i ochoty to wrócimy już bez bagażu pozwiedzać. Ścieżki rowerowe są dobrze oznakowane, dużo rowerzystów porusza się po mieście niemal zupełnie ignorując przepisy, a nawet czerwone światło.


Trochę błądzimy (jakżeby inaczej). Najpierw ja jadę w przeciwną stronę, potem Kasia. Przewodnictwo przejmuje Marta i szczęśliwie doprowadza nas do celu. Jednak ona ma najlepszą orientację.
Camping jest położony między ruchliwą drogą a Sekwaną.


Rozbijamy się szybko i sprawnie. Jest już 15:00, jesteśmy głodni, a restauracja campingowa zamknięta. Jedziemy na zakupy do Carrefoura. Każdy głodny bierze to na co ma ochotę. W efekcie mamy dwa razy za dużo jedzenia. Na obiadek mamy sałatki, parówki, barszczyk, naleśniki. Poza tym kupiłyśmy melona i nie bardzo wiemy co z nim zrobić.
Obżarci nie ruszamy się już na żadne zwiedzanie. Dzisiaj nawet nie czujemy w nogach wczorajszego wejścia na Wieżę Eiffla, więc to nie zmęczenie, ale obżarstwo i lenistwo.
Wieczorem idziemy do baru. Dawid je pizzę, my z Martą melona z szynką, Kasia pije Bordeaux z gwinta. Rozpisujemy całą trasę na mapie. Marta pochłania jeszcze świeżo pieczoną pizzę.
Spać idziemy po 23:00. Jest ciepło, ale jakoś tak się zanosi na deszczyk. Ciężko usnąć między autostradą, a rozgadanymi sąsiadami. Z Paryża dochodzi łomot zabawy - przecież już tuż tuż najkrótsza noc roku.
camping Paris Adresse : 2 Allée du Bord de l'Eau 75016 PARIS 16EME ARRONDISSEMENT Fax : 0142244295 Tel : 0145243000 Email : paris@campingparis.fr w okolicach Lasku Bulońskiego 16 euro / namiot + 2 osoby

niedziela, 19 czerwca 2011

dzień 2 - Paris i schodami na Tour Eiffel

30 km
Spimy do 8:00. Pociąg dojeżdża do Paryża koło 10:30. Nie mogę się połapać, czy to przesunięcie czasu, czy opóźnienie pociągu.


W Paryżu słoneczko.
Po szybkiej kontroli planu miasta jedziemy rozglądając się do Auberge de Jeunes niedaleko Placu Bastylii. Mój licznik rowerowy nie działa. W hostelu okazuje się, że nie mamy rezerwacji, bo system nie zaakceptował płatności kartą Kasi. Na szczęście w recepcji pracuje Polka, z którą jakoś dogadujemy się. Mamy szczęście - jest pokój 4-osobowy dostępny od godz. 16:00. Bagaże możemy zostawić w kompletnie zawilgoconej piwnicy.


Jedziemy w miasto. Pierwszy przystanek niedaleko bazaru, w piekarnio-ciastkarnio-kawiarni. Siadamy przy stoliku i, jak Francuzi,
raczymy się kawusią z ciasteczkiem obserwując nieśpieszne życie niedzielne Paryżan.
Objazd zaczynamy od bulwaru wzdłuż Sekwany i katedry Notre Dame. Kasia z Dawidem znikają w poszukiwaniu ustronności, a my z Martą podziwiamy gotycką budowlę. Najpierw szczegóły z zewnątrz, potem wchodzimy (razem z tłumem przesuwającym się w kolejce) do wnętrza. Ilość ludzi i ich zachowanie - fotografowanie, głupie miny i śmiechy - przygnębiły mnie i skutecznie zepsuły mi zwiedzanie.
Po wyjściu z katedry udaje nam się wreszcie spotkać Kasię i Dawida, którzy przez cały ten czas stali w kolejce do toalety.
Dalej jedziemy już razem i trafiamy na Luwr. Ależ to jest potężna budowla! Jeździmy w kółko i zachwycamy się. Nawet szklana piramida nam sie podoba.
Ze względu na ilość osób w kolejce, rezygnujemy ze obejrzenia ekspozycji. Postanawiamy z Martą, że na zwiedzanie Paryża, a w szczególności paryskich muzeów przyjedziemy kiedyś poza wakacjami.
Wjeżdżamy do ogrodów Tuileries, z daleka widać Pola Elizejskie i Łuk Triumfalny.
Z Luwru, nadal wzdłuż Sekwany, jedziemy do Muzeum d'Orsay, a potem małymi uliczkami do mniej zatłoczonych miejsc. Taki Paryż dużo bardziej mi się podoba. Trafiamy na piękną bazylikę
Ste Clotilde. Chłopcy grają w piłkę w drzwiach kościoła, w środku odbywa się kameralny ślub, dzwony dzwonią, turystów brak.
Następna do zobaczenia Wieża Eiffla, stajemy w tłumie pod wieżą - kolejki do wind straszne - przyjdziemy wieczorem, jak ludzie już sobie pójdą. Ciąg dalszy objazdu przez Palais de Chaillot, l'Arc de Triomphe, Champs Elysees. Szybko napatrzyliśmy się na luksusowy Paryż. Uciekamy na obiad. W ulicznej restauracji bierzemy typowo francuskie dania - pizza, spaghetti.

Po obiedzie pędzimy prosto do hostelu zamieszkać. Pokój malutki, dwa piętrowe łóżka, toaleta z prysznicem, pokoje wychodzące na przejście między budynkami pod gołym niebem.

Rowery wstawiamy do pokoju i jedziemy metrem zobaczyć wieżę Eiffla nocą. Jest 20:00, dopiero szarzeje, ciemno robi się dopiero koło 22:30. Na polach Marsowych tłumy młodzieży bawią się, siedzą na trawie, gadają, piją wino. Atmosfera pikniku. Wieża już oświetlona i co jakiś czas (okazało się, że chyba co godzinę) mrugająca. Dzieciaki koniecznie chcą wejść piechotą przynajmniej na pierwszy poziom. Chociaż boję się wysokości, to już nie mam wymówki, bo rowery zostały w hostelu i nie mam czego pilnować. Idziemy wszyscy.
330 schodków na pierwszy poziom, na drugi poziom to już 704 schody. Po drodze prezentowane są zdjęcia z budowy wieży, informacje o konstruktorze, o konkursie na projekt. Z góry fajny widok na oświetlone miasto. Nawet chłód wieczorny jest przyjemny, bo przecież nam jest bardzo ciepło po 704 schodach. Po kilku minutach delektowania się widokiem i stygnięcia schodzimy. Metrem wracamy o 1:00 do hostelu. Szybkie mycie zębów i spać. Jest ciepło, okno szeroko otwarte.

Auberge Internationale des Jeunes
10 rue Trousseau, Paris
tel 0147006200, fax. 0147003316
21 euro od osoby za nocleg ze śniadaniem
www.aijparis.fr rezerwacja na stronie
wejście schodami na II poziom wieży Eiffla 3,70 / 4,70 euro


sobota, 18 czerwca 2011

dzień 1 - pociągiem do Paryża i naleśniki

7 km
Hura! Już wakacje! Zabrałam Martę ze szkoły na trzy dni przed końcem roku szkolnego i jedziemy do Francji! Koty zostały oddane pod czułą opiekę Gabrysi, kwiatki w domu będzie doglądać babcia.
Tym razem wszystko spokojnie przygotowane, spakowane, bez stresu i pośpiechu. Pociąg do Berlina o 9:28 ze Wschodniej. Rower mam oczywiście przesadnie obładowany. Istotnym bagażem są naleśniki. Musiałam przed wyjazdem zużyć 6 jajek, więc mamy naleśniki na całą noc. Mam nadzieję, że dojeżdżając do Paryża jedna sakwa będzie już opróżniona.
Pociąg jest polski z miejscami dla rowerów. Bilety kupione już w marcu. Humory nam dopisują, jajecznica w Warsie jest pyszna (kto zje naleśniki!?), pogoda za oknami rowerowa. Przejeżdżamy przez Świebodzin - Jezus Najwiekszy jest widoczny z daleka.
Zatrzymujemy się w polu. Pociąg się popsuł i stoimy godzinę. Atmosfera w pociągu robi się familijna. Niektórzy pasażerowie rezygnują z dalszej jazdy i idą dalej na piechotę ciągnąc za sobą walizki po wiejskiej drodze.
Na szczęście jakoś ruszamy. Dojeżdżamy do Berlina, ale niestety do innej stacji niż planowana - widocznie przez tę awarię. Tylko jak dostać się do Hbf? Konsultacja w informacji, cztery przejazdy windą z rowerami, zmiana peronu i nareszcie jedziemy jedna stację do Hbf. Dworzec ładny, potężny, poruszamy się tu z trudem. Deszcz leje więc pozostały do odjazdu czas spędzamy w jednym z wielu barów dworcowych.
Pociąg do Paryża nas rozczarowuje - standard polski. Marcie znajduję miejsce do spania w innym przedziale, Kaśka zalega na podłodze pod rowerami, Dawid śpi trochę na sakwach, trochę na siedzeniach w poprzek przedziału. Korzystam z okazji, że zjechał z karimaty i przekładam go na siedzenie. Karimata moja :-) - przenoszę się na podłogę w przedziale Marty i zalegam obciążona nadmierną ilością naleśników.

Bilety na pociąg kupiłam za pośrednictwem Deutsche Bahn - mają przedstawicielstwo w Poznaniu, wszystko da się załatwić mailami. Załatwiałam je kilka miesięcy przed wyjazdem w cenie ok. 1200 zł za mamę i dziecko plus rowery w obie strony Warszawa - Paryż - Warszawa. W PKP poza tym, że cena była ponad 2.000 to poinformowali mnie, że w pociągu są tylko 3 miejsca dla rowerów, co oczywiście nie było prawdą. Być może dostali pulę tylko 3 miejsc, a DB miał ich 8.
W Berlinie jest przesiadka i ok 4 godzin przerwy - akurat na szybki objazd, oczywiście jak nie pada...