niedziela, 10 lipca 2011

dzień 23 - Berlin, Wschodnia i koniec wakacji


10 km
W Berlinie mamy tym razem piękną pogodę i cztery godziny wolnego. Robimy szybką rundkę po mieście. Berlin robi bardzo dobre wrażenie - jest dużo przestrzeni, ulice szerokie, budynki luźno rozmieszczone, tłumów nie ma, ścieżki dla rowerzystów są.
Do Warszawy startujemy z imponującego dworca Hbf.
Dworzec Warszawa Wschodnia też robi powalające wrażenie...
Koniec wyprawy :-(((

sobota, 9 lipca 2011

dzień 22 - ponownie Paryż, Sacre Coeur i drogocenna herbata

20 km
Rano wreszcie śpimy dłużej. Śniadanie hostelowe o 9:00 poprawione nieco naszymi zapasami, pakujemy się sprawnie i zawozimy nasze bagaże do przechowalni dworcowej na Gare de l'Est.

Jedziemy do Sacre Coeur i po pamiątki z Paryża.
Zwiedzamy bazylikę, mimo tłumów jest cicho i pięknie.

Schody pod bazyliką są zatłoczone, ktoś gra na harfie, ktoś inny tańczy. Jest osobliwie.
Na dole kupujemy pełno dupereli z kolczykami z wieżą Eiffla dla Marty i jej przyjaciółki Gosi włącznie.
Potem idziemy na Place du Tertre. Tu już trudno się przecisnąć.

Pełno malarzy, rysowników, karykaturzystów, wycinankarzy itp artystów. Nieopatrznie w poszukiwaniu toalety wchodzimy do kawiarni i dla niepoznaki zamawiamy herbatkę. Chyba najdroższą na świecie 6,50 euro za naparstek. Ot, gapowe.

Robimy jeszcze rundkę przez Sekwanę do Musee d'Orsay no i na wieczór już jedziemy na dworzec.


W pociągu do Berlina bezstresowo rozkładamy się na podłodze pod rowerami i w przedziale. W Berlinie będziemy o 9:00 rano.



piątek, 8 lipca 2011

dzień 21 - powrót do Paryża, 1.000 km i ciasteczka

54 km
Dzwonienie z wieży kościoła budzi mnie o 7:00. Wiatr jest silny, niebo zachmurzone, dość zimno. Zwijamy się z ociąganiem, ale i tak rekordowo wcześnie startujemy o 8:40. Boulangerie (bagietka i brioszka) i już jedziemy: góra - dół - góra, wyjazd na mój ulubiony nasyp kolejowy. Do Vire mamy 34 km, musimy zdążyć na pociąg na 15:40, ale może nas jeszcze złapać deszcz. Droga, mimo że nasypem, to prowadzi cały czas w górę - ciągniemy się niemiłosiernie. Licznik Kasi wskazuje 1.000 km. Robię pamiątkowe zdjęcie licznika, a Kasia robi pamiątkowe zdjęcie mnie robiącej pamiątkowe zdjęcie licznika. Jest i przyjęcie jubileuszowe - tysięczne ciasteczka, lekko wymiętoszone ale z apetytem i co do okruszka pożarte.
Po 1.000 droga wreszcie prowadzi w dół. Zaraz łapie nas deszcz. Chowamy się w stacji kolejowej przerobionej na miejsce postojowe dla turystów z toaletami, stolikami i nawet prysznicem. Za chwilę ruszamy zafoliowani, bo jeszcze mży. Po paru metrach już trzeba się rozbierać, bo słońce grzeje i jest gorąco.
Do stacji dojeżdżamy ok 14:00. Bez problemów kupujemy bilety.
Pociąg Interregio wygodny, szybki, w 2,5 godziny jesteśmy w Paryżu na Gare Montparnasse.
Dość sprawnie Marta doprowadza nas w okolice placu Bastylii do naszego hostelu.
Dostajemy pokój piętrowy, gotujemy kluchy ze skwarkami na kolację i obżeramy się do przesady. Jutro ostatni dzień - zwiedzanie Paryża.




czwartek, 7 lipca 2011

dzień 20 - Tour de France, Mortain i straszna góra

65 km
Ruszamy już o 9:00, bo dzisiaj Tour de France i grozi nam zamknięcie dróg. Szybka wizyta w boulangerie i jedziemy wzdłuż zatoki mając wielokrotnie przepiękny widok na Mont Saint Michel. Trafiamy na trasę Tour de France, ludzie czekają, atmosfera pikniku, więc też postanawiamy poczekać na kolarzy. Zamiast nich przez półtorej godziny jadą samochody reklamujące mydło i powidło, z których rozochoconej gawiedzi rzucane są duperele typu saszetka proszku do prania, żelki, kołatki, chustki, gazetki, woda w butelkach, ciasteczka, nawet policja rzuca magnesiki reklamowe. Cyrk na kółkach.
Po 1,5 godzinie pytam policjanta czy długo jeszcze i dowiaduję się, że jeszcze godzinę. To już przesada, jedziemy dalej. Po 10 km znowu przecinamy trasę wyścigu, ale teraz już musimy czekać. Na szczęście tylko kilka minut. Peleton przelatuje w parę sekund, a tuż za nimi spada ulewa.
Dalej droga prowadzi starym nasypem kolejowym - prosto, równo i nieciekawie. Co 3 - 5 km leje. Chowamy się jak się da - pod plandeką, w sklepie ogrodniczym, w zaadaptowanej dla turystów starej stacji kolejowej.



Do Mortain musimy się wdrapać jakąś tragicznie stromą drogą na wysoką górę. Na szczycie napada na mnie Francuz - turysta rowerowy chwilowo zmotoryzowany i przepytuje sympatycznie o naszą wyprawę. Sam był i zjechał rowerem niemal całą Polskę od Gdańska do Rzeszowa.
Camping miejski (bezpłatny?) jest na centralnym placu miasteczka nad przepaścią. Wygwizdów niemożliwy.



Camping municipal Les Cascades a Mortain
Place du chateau
50140 Mortain
Tél. : 02 33 79 30 30

środa, 6 lipca 2011

dzień 19 - Mont Saint Michel, pływające piaski i mule

23 km
Dzisiaj trochę więcej porannego luzu. Dzieciaki śpią, a my z Kasią jedziemy do Pontorson dowiedzieć się skąd i kiedy mamy pociąg do Paryża. Droga jest sympatyczna, wzdłuż rzeki.

Wracając widzimy hipodrom i trenujące kłusaki. Przygotowują się do zawodów, które odbędą się za pół godziny. Wracamy na camping, szybkie śniadanko i już pędzimy z Martą zobaczyć wyścigi kłusaków. Pierwszy raz mamy taką okazję i jesteśmy zadziwione w jakim tempie koniki biegną i jak daleko i wysoko wyciągają nogi. Po dwóch gonitwach wracamy na camping, bo dzisiaj drugie podejście do spaceru wokół Mont Saint Michel.

Po drodze obiad i ruszamy na ponad 3-godzinną wycieczkę z przewodnikiem po ruchomych / pływających piaskach. Przewodnik objaśnia wszystko po angielsku. Idziemy boso po mokrym piachu. Różnica poziomów morza między przypływem a odpływem sięga 14 metrów i morze cofa się bardzo daleko.

Rzeki wpadające do zatoki teraz płyną po piasku - kilka razy przez nie przechodzimy. Piasek jest jak bagno, lepiej się nie zatrzymywać, bo nogi się zapadają. Dzieciaki mają niemałą frajdę w taplaniu się w mule. Dochodzimy do wyspy Tombelaine, którą widzieliśmy ze szczytu opactwa. Wycieczka bardzo nam się podoba i cieszymy się, że zostaliśmy jeden dzień dłużej tym bardziej, że dzisiaj pogoda jest rewelacyjna.
Po spacerze idziemy na obiad do restauracji z widokiem na Mont St Michel. Zamawiamy dania a la francaise - mule, zupę rybną, stek z tuńczyka. Wszystko pycha, a restauracja polecona przez "naszą" panią.


restauracja Maree Time - głównie owoce morza, restauracja przy ścieżce spacerowo-rowerowej wzdłuż rzeki
wycieczka z przewodnikiem wokół Mont Saint Michel - chyba po ponad 10 euro od osoby (nam wyszło taniej :-)


wtorek, 5 lipca 2011

dzień 18 - Mont St Michel, aligatory i deszcz

10 km
Dzisiaj Normandia pokazuje nam swoje prawdziwe oblicze. Pogoda od południa jest po prostu szalona - na zmianę upał i zimne ulewy z wiatrem.
Po śniadaniu pakujemy się na wycieczkę do Mont Saint Michel - kremy do opalania, woda, ręczniki. W planie mamy obserwowanie odpływu, zwiedzanie opactwa, jakiś obiad i o 14:30 jesteśmy umówieni z przewodnikiem na spacer po piasku.

Ruszamy o 10:00, na drodze już tłumy ludzi, pełno samochodów, rowerów, autokarów. Wchodzimy do miasteczka przez bramę, przeciskamy się wąską uliczką między sklepami z pamiątkami a kawiarniami i restauracjami. Udaje nam się dotrzeć do opactwa na szczycie wzgórza. Faktycznie wchodzimy bez kolejki dzięki biletom kupionym na campingu.

Zwiedzamy Abbaye, podziwiamy widok jaki rozciąga się z tarasu na najwyższym dostępnym poziomie klasztoru na zatokę, ujście rzeki, 

klifowe wybrzeże Bretanii i wyspę Tombelaine.
Z opactwa schodzimy w kocioł kanapkowo-naleśnikowy i idziemy na umówione miejsce. Niestety przewodnik nie przychodzi za to pogoda nam się drastycznie zmienia. Ręczniki służą za kocyki, robi się chłodno, zaczyna padać deszcz.
Uciekamy z powrotem do miasteczka. Lądujemy w jednej kawiarni, w drugiej, w sklepie z pamiątkami, w informacji turystycznej. Przerwy w deszczu wykorzystujemy na zmianę lokalu.

Wreszcie udaje nam się wyrwać z Mont Saint Michel i pędzimy do Beauvoir.
Po drodze zakupy w drogim supermarkecie i zwiedzanie Aligator Bay - zoo z wężami, aligatorami i żółwiami. Wizyta tam też skutkuje skokiem adrenaliny, kiedy patrzymy, jak potężny krokodyl zamierza upolować faceta sprzątającego mu wybieg. Facet przeżył.
Do campingu docieramy przed totalną ulewą i wieczór spędzamy w kawiarni campingowej. W przerwach deszczu dzieciaki wskakują do basenu.
Skarżę się naszej pani z recepcji i skutkiem tego zostajemy jeszcze jedną noc na campingu, a wycieczkę mamy jutro... za darmo w ramach rekompensaty za straty moralne.

Aligator Bay w Beauvoir: dorośli 11,50, dziecko 13 - 18 lat 9,50, dziecko 3 -12 lat 7,50 euro


poniedziałek, 4 lipca 2011

dzień 17 - Mont St Michel w kukurydzy, przypływ i nasza pani

68 km
Ruszamy o 11:00. Pogoda rewelacyjna. Z trudem wdrapujemy się na wysoką górę, ale potem w nagrodę mamy bardzo długi zjazd. Mijamy dwa małe miasteczka i jesteśmy w Fougeres. Bezbłędnie odnajdujemy creperie - naleśnikarnię. Jemy i galettes i crepes na deser.
Jest 14:30 i ok 45 km do zrobienia. Dalej droga idzie wyjątkowo sprawnie. Marta siada Kasi na kole i jedzie fantastycznie. Ja obstawiam tyły - czyli ledwo się ciągnę. Czasem udaje mi się ich dogonić jak jest z górki. Na szczęście górki łagodne i zjazdy długie.
W pewnym momencie zza kukurydzy wyłania się sylwetka Mont Saint Michel. Entuzjazm w ekipie i seria zdjęć kukurydzy.

Do campingu w Beauvoir dojeżdżamy ok 20:00.

W recepcji wita nas przemiła pani, od razu organizuje nam pobyt, załatwia bilety na zwiedzanie Abbaye, organizuje przewodnika na wycieczkę dookoła Mont Saint Michel i jeszcze chwali mój francuski...
Rozbijamy się, a dzieciaki pędzą do campingowego basenu.


Wieczorem o 21:00 jedziemy na rowerach do Mont Saint Michel zobaczyć przypływ i wyspę wieczornie oświetloną. Woda zalewa parkingi, wpływa w koryto rzeki pod prąd - wrażenie fajne. Patrzymy na zachód słońca i podziwiamy potężną zabudowę wyspy.




Camping aux Pommiers 28 route du Mont Saint Michel 50170 Beauvoir Tél. 02 33 60 11 36 Email : pommiers@aol.com
dobrze jest zarezerwować sobie miejsce - camping jest oblegany